Książkowe Zacisze
Witaj na blogu drogi czytelniku. Jeżeli jesteś tu nowy, to chcielibyśmy żebyś został z nami na dłużej.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Romans. Pokaż wszystkie posty

CZY WSPOMNIAŁAM, ŻE ZA TOBĄ TĘSKNIĘ?

0

Wściekłość.
Gniew.
Żal.
Tylko tyle pozostało z całej miłości Eden do Tylera. Chłopak zniknął, zostawiając ją z ogromnym bałaganem i pretensjami całej rodziny. Gdy Eden powoli zaczyna układać swoje życie na nowo, Tyler wraca i prosi o wybaczenie.
Tylko… czy nie jest już na to za późno?
Tematyka: uczucia; zakazana miłość; trudne relacje rodzinne; sekrety; wybaczanie; przyjaźń
Fabuła: przewidywalna; lekka
Brutalne sceny: brak
Sceny erotyczne: raczej brak
Wulgaryzmy: nieliczne
Ryzyko występowania łez: brak
Czy warto mieć ją na półce: raczej nie
Trzecia, a zarazem ostatnia część DIMILY, już za mną.  
I chociaż na początku niespecjalnie ciągnęło mnie do tej serii, to ostatecznie nie żałuję, że po nią sięgnęłam.
Akcja „Czy wspominałam, że za Tobą tęsknię?” ma miejsce rok po wydarzeniach z poprzedniego tomu. Po wielkiej rodzinnej awanturze, Tyler po prostu sobie zniknął, a Eden została sama przeciwko całemu światu i własnemu ojcu. W drugiej części niesamowicie denerwowała mnie przemiana głównej bohaterki w irytującą zazdrośnicę, ale na szczęście w finałowym tomie zazdrośnica poszła w odstawkę, a jej miejsce zajęła gniewna Eden. Nie ukrywam, że najbardziej lubię Eden z pierwszej części, no ale ludzie, nawet ci w książkach, się zmieniają, więc z dwojga złego, wolę wściekłą pannę Munro, niż taką grającą na dwa fronty, jak w drugim tomie.   
Tyler, jak to Tyler, jest po prosty Tylerem i co by nie zrobił, to i tak będzie mu wybaczone. Zaskoczeniem natomiast okazała się dla mnie postać jego matki, na którą w poprzednich częściach nie zwróciłam zbyt dużej uwagi, a która w tej części zaskarbiła sobie moją sympatię. Kochający tatuś Eden, okazał się doskonałą przeciwwagą dla tych miłych bohaterów, także pod względem różnorodności postaci, książka jest w porządku.
Pod względem fabuły szału nie ma, ponieważ trzeci tom nie zaskoczył mnie ani trochę. Było bardzo przewidywalnie i przeczytałam tę książkę szybko, ale bez większego zaangażowania. Przyznam szczerze, że nie interesowały mnie już za bardzo wątki poboczne, bo skupiłam się przede wszystkim na tym, czy autorka zakończy to tak, jak wypada, czy poleci trochę po bandzie i da mi treściwe zakończenie. No krew się ostatecznie nie polała, czego odrobinę żałuję, jednak nie mam wielkich pretensji i cieszę się szczęściem bohaterów.    
„Czy wspominałam, że za Tobą tęsknię?” to satysfakcjonujące zwieńczenie lekkiej, łatwej i przyjemnej serii o losach przybranego rodzeństwa. To, co nie podobało mi się w drugim tomie, zostało naprawione, chociaż nie na tyle, żeby mnie zachwycić. DIMILY nie jest trylogią obowiązkową, ale fanom książek typu „Lato koloru wiśni” na pewno się spodoba. Raczej do całej serii już nie wrócę, jednak myślę, że pierwszą część jeszcze kiedyś sobie przeczytam. DIMILY to taka bardzo wakacyjna historia i będę ją na pewno mile wspominać.
„Życie nie polega wyłącznie na babraniu się w przeszłości i walce z przeciwnościami losu. Czasem należy po prostu się nim cieszyć.”

Ocena Pauliny: 6,5/10
Paulina

NOVEMBER 9

2
9 listopada wszystko się skończyło.
9 listopada wszystko się zaczęło.
9 listopada wszystko się poplątało.
9 listopada wszystko się wyjaśniło.
9 listopada wszystko się zmieniło.
Tematyka: miłość; przyjaźń; nietypowy związek; wypadek; pasja; wybaczanie; tajemnice
Fabuła: lekka; wciągająca; zaskakująca
Brutalne sceny: występują
Sceny erotyczne: występują
Wulgaryzmy: występują
Ryzyko występowania łez: brak
Czy warto mieć ją na półce: raczej tak


„Kochała mnie” w cudzysłowie
Całowała mnie pogrubioną czcionką
PRÓBOWAŁEM JĄ ZATRZYMAĆ wielkimi literami
Zostawiła mnie z wielokropkiem…


Chociaż już dawno po premierze, chociaż  minęły ponad dwa miesiące od pojawienia się tej książki na mojej półce i chociaż ta powieść wcale nie potrzebuje mojej rekomendacji, to i tak postanowiłam, że napiszę o niej kilka zbędnych słów, bo po co marnować miejsce na słabe powieści, skoro można pozachwycać się tymi naprawdę wartymi uwagi.
Chciałabym napisać coś odkrywczego na temat twórczości Colleen Hoover, ale cóż, moje serce ta autorka już dawno skradła i wiem, że nigdy nie nadejdzie dzień, w którym powiem, że coś, co wyszło spod jej pióra jest słabe. 9 listopada już nigdy nie będzie taki sam, odkąd poznałam historię Fallon i Bena. Jakby to powiedzieć... Colleen Hoover znowu rozkochała mnie swoją wizją idealnie nieidealnego związku idealnie nieidealnych bohaterów.

W książkach tej autorki, akcja zwykle rozkręca się w zawrotnym tempie i niekiedy można mieć wrażenie, że jednak to wszystko dzieje się zbyt szybko. "November 9" nieco odbiega od tego schematu, bo choć główni bohaterowie poznają się nagle i w ciągu dosłownie kilku stron zaczynają tworzyć dość poważny niby-związek, to nie jest im dane być ze sobą od razu.
Wyobraźcie sobie, że niespodziewanie kogoś poznajcie, od razu widać, że iskrzy, a mimo to z własnej nieprzymuszonej woli, mówicie sobie nawzajem: do zobaczenia za rok. Dość dziwne, szalone, lecz jednocześnie pociągające. Pomysł na fabułę niezaprzeczalnie intrygujący , do tego kolejne, ciekawie wykreowane postacie, co w połączeniu daje cudowną i wciągającą powieść.
Tym razem mamy miłość artystów, a konkretnie aktorki i pisarza. Polubiłam zarówno Fallon, jak i Bena, choć oczywiście to Pisarz Ben bardziej przykuwał moją uwagę w trakcie czytania. Nic na to nie poradzę, po prostu mam słabość do mężczyzn, przedstawianych przez Colleen Hoover… Jednym z najmilszych momentów ze wszystkich 9 listopada, było pojawienie się w książce Milesa i Tate z "Ugly love". Nie spodziewałam się tego i chociaż trwało to dosłownie moment, to i tak wywołało wielki uśmiech i przyspieszone bicie serca. Takiego spotkania jeszcze nie było i muszę przyznać, że autorka dobrze to sobie wykombinowała!
Tak sobie myślę, że jeżeli się kogoś bardzo lubi, to nawet wady przestają być tak wyraźnie widoczne i z czasem stają się wręcz zaletami.
Twórczość Collen Hoover ma trochę wad i niedociągnięć, ale ja osobiście wolę określenie „idealnie nieidealna”. Przeczytałam wszystkie książki tej autorki i nie da się ukryć, że choć każda jest inna, to wszystkie bazują na podobnym schemacie: zawsze jest wielka miłość, mroczna tajemnica, a na końcu ostateczny happy end. Trochę szkoda, że to takie oczywiste i chwilami liczę, że powstanie w końcu książka, która złamie schemat i wyjdzie poza szereg.
Niemniej jednak Collen Hoover wyrobiła już własną markę i cieszę się z tego, bo mogę sięgać po jej książki bez obaw, że się zawiodę.
"November 9" trzyma poziom, daje radę i nie zawodzi! Obowiązkowe lektura dla zagorzałych fanów autorki, a także dla spragnionych niebanalnego romansu ze szczęśliwym zakończeniem.


„Jeżeli ludzie się z ciebie śmieją, to znaczy, że wystawiasz się na ryzyko bycia wyśmianym. Niewiele osób stać na taką odwagę."

Ocena Pauliny: 8,5/10
Paulina

TAK BLISKO...

1
Jacqueline z miłości zmieniła swoje plany i zamiast studiować muzykę, zajęła się ekonomią. Nieoczekiwanie jej wieloletni związek dobiega końca, a wraz z nim kończą się dawne przyjaźnie.
Wracając z imprezy dziewczyna zostaje zaatakowana i niemal staje się ofiarą gwałtu. Jej wybawicielem okazuje się Lucas, chłopak, którego do tej pory nie dostrzegała, a nagle staje się jej aniołem stróżem.
Tematyka: studenckie życie; rozstania; miłość; rozczarowanie; poczucie winy; gwałt; samoobrona; tajemnice; niedopowiedzenia; trudna przeszłość
Fabuła: lekka; mało oryginalna; dość przewidywalna
Brutalne sceny: występują
Sceny erotyczne: występują
Wulgaryzmy: nieliczne
Ryzyko występowania łez: brak
Czy warto mieć ją na półce: raczej nie
Cóż mogę powiedzieć o tej książce? Z pewnością nie jest żadnym objawieniem literackim, nie grzeszy oryginalnością i raczej mnie nie zaskoczyła, ale za to jest lekka, łatwa i przyjemna.
„Tak blisko…” to typowa bajka o współczesnym rycerzu, który ratuje damę z opresji, a później to już się samo kręci. Lucas jest chłopakiem bliskim ideałowi, do którego wzdychają studentki i westchną też zapewne czytelniczki. Jacqueline to wyżej wymieniona dama w opałach, o której nie mogę powiedzieć złego słowa. Spodobało mi się uczucie rozkwitające pomiędzy nimi, bo nie było przesadnie dramatyczne ani irytująco przesłodzone, a po prostu takie normalne.  Książka jest może trochę banalna i schematyczna, lecz dzięki sympatycznym bohaterom, właściwie mi to nie przeszkadzało.
Chociaż historia zaczyna się od próby gwałtu, to ten wątek nie jest zbyt wyraźny i stanowi jedynie urozmaicenie romansu. Spodziewałam się, że autorka postawi na traumatyczne przemyślania kłębiące się w głowie ofiary, ale cieszę się, że jednak nie poszła tą drogą. Sięgając po tę książkę liczyłam na fajne love story i dostałam to, czego oczekiwałam.
Jeżeli jesteś romantyczką, szukającą czegoś lekkiego i odprężającego w klimacie new adult , to jak najbardziej polecam „Tak blisko…”. Książkę czyta się niezwykle przyjemnie, nie jest irytująca, a do tego wciąga i zapewnia oderwanie od codziennych spraw na długie godziny.
Nie mam własnego egzemplarza i przyznam szczerze, że nie jest to pozycja, którą absolutnie trzeba mieć na półce. Jest całe mnóstwo podobnych historii, dlatego nie sądzę, żebym drugi raz postanowiła wrócić akurat do tej, ale na pewno będę ją mile wspominać!

Ocena Pauliny: 7/10

Paulina

CZY WSPOMNIAŁEM, ŻE CIĘ POTRZEBUJĘ?

0

Minął rok odkąd Eden widziała Tylera. Rok, w ciągu którego zaangażowała się w nowy związek i starała się zapomnieć o tym, co łączyło ją z przyrodnim bratem. Jednak, gdy Tyler zaprasza ją na wakacje do Nowego Jorku, w dziewczynie ponowie zaczynają wzbierać dawne uczucia i nadzieja, że tym razem może im się udać.

Tematyka: wakacje w Nowym Jorku; zakazana miłość; zdrada; tajemnice; skomplikowane uczucia; przyjaźń; zazdrość
Fabuła:
wciągająca; lekka
Brutalne sceny:
brak
Sceny erotyczne:
występują
Wulgaryzmy:
występują
Ryzyko występowania łez:
brak
Czy warto mieć ją na półce:
raczej nie

Z przykrością stwierdzam, że klątwa słabszej drugiej części dopadła Dimily.
Co się stało z tą wspaniałą, wakacyjną historią, którą miałam okazję poznać w pierwszym tomie? Dlaczego nagle zaczęłam mieć wrażenie, że „Czy wspominałem, że Cię potrzebuję?” to książka przeciętna, taka jak wszystkie? I wreszcie, gdzie się podziała ta fajna główna bohaterka, którą tak polubiłam?

Zacznijmy od tego, że akcja powieści wciąż rozgrywa się w wakacje, jednak są to wakacje rok później. Przez ponad 365 dni trochę się pozmieniało w życiu Eden i Tylera. Tym razem główna bohaterka wyrusza z wizytą do brata, mieszkającego obecnie w Nowym Jorku. Nowe miejsce akcji początkowo bardzo mi się spodobało, ale z czasem zaczęłam tęsknić za wakacjami w Santa Monica, które miały jakiś taki młodzieńczy, beztroski klimat.

Pierwsza część może nie była wyjątkowo oryginalna, ale jednak miała w sobie pewnego rodzaju świeżość. Niestety, w drugiej zaczęło się źle dziać. Autorka porzuciła niezobowiązujące zauroczenia i całkowicie poszła w romans między przyrodnim rodzeństwem. Miałam wrażenie, że kolejny raz czytam książkę jakich wiele, o nieszczęśliwej i zakazanej miłości. Zdecydowanie wolałam relację głównych bohaterów sprzed roku, kiedy dopiero zaczynali do siebie coś czuć, a to uczucie nie było jeszcze takie nachalne. Jakby tego było mało, oczywiście musiał się również pojawić trójkąt miłosny…

No i wreszcie gorzka wisienka na torcie, czyli wielka przemiana Eden. Moim zdaniem metamorfoza głównej bohaterki poszła w najgorszym z możliwych kierunków. W Nowym Jorku, Eden, zaczęła miewać napady zazdrości o Tylera i momentami było to niesamowicie irytujące. Denerwowało mnie, jak zwodziła swojego chłopaka, a każdą dziewczynę, która znalazła się w pobliżu jej brata, traktowała od razu niczym największą rywalkę. Tyler również przeszedł przemianę i chociaż wolałam tego aroganckiego chłopaka, którym był w pierwszej części, to jego nowe oblicze jestem w stanie zaakceptować. Zazdrości Eden już nie.

Ponarzekałam, powytykałam błędy, ale mimo wszystko „Czy wspominałem, że Cię potrzebuję?” czytało mi się nieźle. Szkoda tej głównej bohaterki i nieszczęsnego trójkąta miłosnego, bo sprawiły, że książka sporo straciła w moich oczach. Jednak, kiedy ostatnio dowiedziałam się, że jesienią ma się pojawić trzecia część, stwierdziłam, że chcę doprowadzić tę serię do końca. Myślę, że ostatni tom ma szansę naprawić błędy drugiego i na pewno dam mu szansę.



Ocena Pauliny: 6/10

                                                                                                                      Paulina

KOCHAJĄC PANA DANIELSA

6

Ashlyn musi uporać się ze śmiercią siostry bliźniaczki, a pomóc ma jej w tym przeprowadzka do ojca, z którym przez lata niemal nie utrzymywała kontaktu.
Daniel po śmierci rodziców, stara się żyć normalnie i nie wracać do smutnej przeszłości oraz do tego, co stało się z jego bratem.
Stracili bliskich, kochają twórczość Szekspira i wydają się być dla siebie stworzeni, jednak przewrotny los nie pozwoli im być tak po prostu razem…

Tematyka:
skrywane uczucia; tajemnice; ból po stracie bliskich; narkomania; odmienna orientacja; przyjaźń; problemy rodzinne
Fabuła:
lekka; wciągająca; mało oryginalna; przewidywalna
Sceny erotyczne:
występują
Wulgaryzmy:
występują
Ryzyko występowania łez:
niewielkie
Czy warto mieć ją na półce:
raczej nie

Popatrzyłam na tę okładkę, przeczytałam opis i pomyślałam, że to będzie piękna, wartościowa ale i smutna historia o miłości, a takiej akurat mi było trzeba. Liczyłam też na oryginalność. No i się przeliczyłam…

Zaczyna się dość dramatycznie, bo główni bohaterowie muszą pogodzić się ze stratą bliskich im osób. Ashlyn, po śmierci siostry, przeprowadza się do biologicznego ojca, z którym nie ma zbyt dobrego kontaktu. Wyobraźcie sobie, pogrążona w żałobie wsiada do pociągu i kogo widzi? Tak, tak, Pan Cudne Oczęta we własnej osobie. I oczywiście ona wpadła w te jego cudne oczęta, tak samo, jak on w jej. Jakby tego było mało, tytułowy pan Daniels okazuje się być  przystojnym muzykiem i, tak jak Ashlyn, wielkim miłośnikiem Szekspira.
Tyle, jeśli chodzi o oryginalną historię.
Jednak nie ma porządnego romansu, bez przeciwności losu. Czytam ja sobie tę książkę, aż tu nagle wychodzi na jaw, że Ashlyn jest uczennicą Daniela, a on jej nauczycielem. W tym momencie w mojej głowie pojawia się jedna myśl: JA TO JUŻ CZYTAŁAM.
Po chwili uświadomiłam sobie, że ta sytuacja wydaje mi się taka znajoma, ponieważ jest jak żywcem wzięta z „Pułapki uczuć” Colleen Hoover. Trochę zwątpiłam w sens czytania tej książki, ale nie lubię zostawiać niedokończonych historii, dlatego ostatecznie postanowiłam ją kontynuować.

Dalej opowieść toczy się podobnym torem, jak wiele tego typu romansideł, bo mamy tu skrywaną miłość, problemy rodzinne i nieoczekiwane komplikacje. Powieść oryginalnością nie grzeszy, ale byłabym w stanie jej to wybaczyć, gdyby nie strasznie wyidealizowani główni bohaterowie. Daniel to wymarzony książę z bajki i brzydko mówiąc lep na czytelniczki. Dobra, przyznaję, na mnie też to działa, bo lubię sobie poczytać o facecie idealnym, ale w połączeniu z oklepaną fabułą, traci to swój urok. Postać Ashlyn też wydała mi się trochę sztuczna i jakoś nie wzbudziła we mnie wielkiej sympatii.

Ratunkiem dla książki okazali się bohaterowie drugoplanowi, którzy wnieśli do zbyt idealnej historii nieco naturalności, uśmiechu i wzruszeń. To ich problemy i rozterki sprawiły, że mimo wszystko „Kochając pana Danielsa” nie mogę zaliczyć do słabych książek.
Poruszane tu kwestie takie, jak narkomania, odmienna orientacja seksualna, czy wyznawanie innej religii, nie pozwalają mi tak po prostu przekreślić tej powieści.

Książka poza tym, że irytowała mnie idealną miłością i podobieństwem do historii, które już czytałam, nie jest taka zła, a wręcz myślę, że niektórzy zakochają się w niej na zabój. Jest lekka i trudno się od niej oderwać, więc z pewnością nada się na wakacje.
Zastanawiam się tylko, w której szkole można znaleźć takiego przystojnego pana Danielsa, bo w mojej, to na pewno nie… :’) 

Ocena Pauliny: 6/10

                                                                                                                      Paulina

BLASK SNÓW

0
Jack Winters czuje, że rodzinna klątwa zaczyna działać. Mężczyzna stopniowo traci panowanie nad swoją mocą i obawia się, że popadnie w obłęd. Ostania nadzieja spoczywa w legendarnej lampie, będącej dziełem jego przodka. Najpierw jednak musi znaleźć zaginiony przedmiot i kobietę, której moc będzie w stanie go uratować.

Tematyka:
parapsychiczne moce; zagadki; tajemnicze organizacje; działalność detektywistyczna; klątwa; romans
Fabuła:
dość wciągająca; ciekawa
Brutalne sceny:
występują
Sceny erotyczne:
występują
Wulgaryzmy:
nieliczne
Ryzyko występowania łez:
brak
Czy warto mieć ją na półce:
raczej nie

„Blask snów” upolowałam kiedyś za grosze i właściwie nie miałam wobec tej książki żadnych oczekiwań. Po prostu zobaczyłam cenę, przeczytałam opis i uznałam, że znajdzie się dla niej miejsce na mojej półce. Mimo nieciekawej okładki, okazało się, że powieść nie jest wcale taka zła i czytało mi się ją całkiem przyjemnie.

Tematyka jest dość dziwna, bo mamy tutaj tajne organizacje, ludzi z jakimiś tajemniczymi, parapsychicznymi mocami, a do tego jeszcze romans. Główną bohaterką jest pani detektyw, posiadająca niecodzienny dar czytania aury i blasku snów (ciężko to wyjaśnić), która przyjmuje zlecenie odnalezienia legendarnej lampy, mającej ocalić jej klienta przed rodową klątwą. Fabuła przypomina mi trochę pewien serial o poszukiwaczach skarbów, który oglądałam w dzieciństwie (oczywiście nie pamiętam tytułu) i mam wrażenie, że ta książka posiada właśnie taki filmowy klimat. Początkowo nie mogłam się odnaleźć w tej historii, ale kiedy już w miarę zrozumiałam, o co w tym wszystkim chodzi, czytało mi się ją naprawdę dobrze.

Nie jestem pewna, do jakiego gatunku można by zaliczyć tę książkę, ponieważ zawiera elementy fantastyczne, trochę płomiennego romansu, a do tego jeszcze nutkę kryminału. Może ta powieść nie zachwyca i sama zaliczyłabym ją do przeciętnych, ale z drugiej strony dobrze mi się ją czytało i chciałabym poznać dalsze losy tych bohaterów. "Blask snów" określiłabym jako powieść odmóżdżającą i do przeczytania na raz więc, jeśli ktoś miałby ochotę po nią sięgnąć, to lepiej odwiedzić bibliotekę niż kupować własny egzemplarz. Nie odradzam, ale też szczególnie nie polecam. Ta historia raczej nie pozostaje w głowie na dłużej.

Ocena Pauliny: 5/10

                                                                                                                      Paulina

UGLY LOVE

4
TYTUŁ: „Ugly love”
AUTOR:
Colleen Hoover
SERIA:
NIE DOTYCZY
WYDAWNICTWO: Otwarte
ILOŚĆ STRON:
334
DOSTĘPNE OKŁADKI:
zwykła
EKRANIZACJA:
brak

Ona, początkująca pielęgniarka, która wprowadza się do mieszkania brata.
On, przystojny pilot z trudną przeszłością, który ma jedną zasadę: nie pytaj o przeszłość i nie oczekuj przyszłości.
Połączyła ich miłość.
Brzydka miłość…

Tematyka:
związek bez zobowiązań; miłość; tajemnice; trudna przeszłość; ból po stracie bliskich
Fabuła:
wciągająca; lekka; niebanalna
Brutalne sceny:
brak
Sceny erotyczne:
dużo
Wulgaryzmy:
występują
Ryzyko występowania łez:
u mnie brak
Czy warto mieć ją na półce:
tak

„Ale potem poznałem ciebie i odtąd każdego dnia myślę o tym, że gdyby Boga nie było, nie mógłby istnieć ktoś tak piękny jak ty. I że gdyby Boga nie było, nie mógłbym być tak niesamowicie szczęśliwy. I zdałem sobie sprawę… właśnie w tej chwili… że Bóg zsyła na nas trudne chwile po to, żebyśmy docenili te piękne.”

Chcę takiej brzydkiej miłości.
Chcę takiego Milesa.

Nie mogę powiedzieć, że jestem zaskoczona.
Nie mogę też powiedzieć, że nie spodziewałam się takiego zakończenia.
 Z całą pewnością mogę za to powiedzieć, że uwielbiam tę historię.

Książki Colleen Hoover zawsze zapewniają mi kilka godzin oderwania od rzeczywistości i tym razem również odleciałam, do tego w towarzystwie niesamowitego pilota.
Jeden powód, dla którego warto przeczytać „Ugly love”?
Miles Archer.
Ten bohater udowadnia, że mężczyźni w książkach wcale nie muszą być idealnymi przystojniakami i łamaczami kobiecych serc, żeby czytelniczki straciły dla nich głowę. Miles poznał mroczniejszą stronę życia, a później te mroczne wspomnienia ukształtowały go na człowieka, wyznającego zasadę: nie pytaj o przeszłość i nie oczekuj przyszłości. Rozdziały napisane z jego punku widzenia, są pełne prawdziwych emocji. Niektórzy narzekali na wyśrodkowanie tekstu, ale moim zdaniem właśnie dzięki temu, możemy jeszcze lepiej wczuć się w sytuację. Nieidealny ideał- tak określiłabym Milesa Archera.

Tak bardzo jak kocham panów spod pióra tej autorki, tak bardzo lubię towarzyszące im panie. Tate Collins nie jest wyjątkiem. Przesympatyczna, zabawna, inteligentna dziewczyna, której nie sposób nie polubić. Są takie pary książkowe, które ma się ochotę od razu rozdzielić, natomiast u Colleen Hoover, nigdy nie miałam wrażenia, że bohaterowie do siebie nie pasują i zawsze gorąco im kibicuję.
Tate i Miles, pielęgniarka i pilot. Ich relacja wydaje się być prosta: seks bez zobowiązań. Od razu jednak widać, że to nie jest jakiś płytki erotyk, ale historia pełna emocji, bólu, układająca się w logiczną całość.

Jedyne, co mnie zawiodło, to brak łez. Wiem, że inni wzruszyli się, czytając tę powieść, ale mnie niestety się nie udało. Przeczytałam niemal wszystkie książki Colleen Hoover wydane w Polsce i dlatego wiem już, czego mogę się spodziewać. Po lekturze „Hopeless”, która była moją pierwszą powieścią z tego gatunku, uważałam tę autorkę za bóstwo. Jednak kiedy zaczęłam sięgać po podobne książki, napisane przez inne autorki, zobaczyłam, że te historie są równie dobre i Colleen Hoover z bóstwa, stała się po prostu świetną pisarką. Dopóki będzie tworzyć, na mojej półce zawsze znajdzie się miejsce dla jej kolejnych powieści, ale już nie liczę na wielkie zaskoczenia i morze łez.

„Ugly love” to wspaniała historia z doskonale wykreowanymi postaciami. Nie mogłam się od niej oderwać i spędziłam przy niej cudowne godziny. Ta książka różni się nieco od innych tej autorki, chociaż nie potrafię dokładnie określić na czym polega ta różnica. Może jest bardziej dojrzała? Nie wiem, ale ma w sobie to coś. Warto przeczytać!
„Kiedy życie daje ci cytryny, upewnij się, że wiesz,
w czyje oczy wycisnąć z nich sok”



Ocena Pauliny: 8,5/10

                                                                                                                      Paulina

MAYBE SOMEDAY

2

Rigde – muzyk, gra każdego wieczoru na gitarze, siedząc na balkonie.
Sydney – studentka, słucha każdego wieczoru jak Ridge gra na gitarze i pisze teksty do jego piosenek.
Ich drogi się skrzyżują i wpadną na siebie. Co z tego wyniknie?


Tematyka: miłość; rozterki; życie
Fabuła: nietuzinkowa; zaskakujące zwroty akcji
Brutalne sceny: brak
Sceny erotyczne: lekkie
Wulgaryzmy: brak
Ryzyko występowania łez: niewielkie, ale występuje
Czy warto mieć ją na półce: POZYCJA OBOWIĄZKOWA

UWAGA! W tym poście mogę trochę narzekać, więc jeśli Ci to może przeszkadzać, pomiń tę recenzję ;)

Maybe Someday
jest moją kolejną miłością. Pani Hoover pisze tak świetnie książki, że każda kolejna jest równie dobra jak jej poprzedniczka!
Ponownie przeczytałam ją spontanicznie i ponownie się zakochałam…No może nie tyle co w książce, a co w kolejnym bohaterze. Tak, tak, zakochałam się kolejny raz. I tym razem przy czytaniu nasunęły mi się pewne wnioski...Otóż, muszę wybudować sobie balkon, na który będę wychodzić i słuchać jakiegoś chłopaka albo muszę zacząć biegać, żeby odnaleźć swoją bratnią duszę...Dlaczego mi się nie przydarzają takie przygody jak bohaterkom książek?! Nie spotykam Nocnych Łowców, nie dostałam listu z Hogwartu, nie mogę wybrać swojej frakcji i na dodatek nie mam swojego Ridge’a! No aż coś człowieka bierze! :D
Dobra, dosyć narzekania, czas na właściwą recenzję.

Maybe Someday
to kolejna pozycja, która niesamowicie daje do myślenia. To książka, którą nienawidziłam podczas czytania i jednocześnie kochałam.
Pewnego dnia świat Sydney się wali. No w sumie nie takiego pewnego, bo w jej urodziny. Z pomocą przychodzi jej Ridge, chłopak mieszkający naprzeciwko niej, który po części jest winny tej tragedii, która spotkała Sydney. Przygarnia ją do domu i wszystko się zaczyna.

Dziewczyna i chłopak piszą ze sobą piosenki i rodzi się między nimi coś dziwnego, coś do czego nie powinno dojść. Tak, tak, zakochują się w sobie, ale żeby nie było tak kolorowo, to Ridge ma dziewczynę, której nie przestaje kochać. Ciekawie, prawda? Potem jest już jeszcze ciekawiej i jeszcze boleśniej (nie tylko dla bohaterów, ale także i dla czytelnika).

Czy można jednocześnie kochać dwie osoby? Czy można darzyć te osoby tak bardzo silnym uczuciem i podzielić swoje serce na dwie części? MOŻNA. Udowadnia nam to Ridge, który jest najbardziej biednym (i to nie w znaczeniu majątkowym ;)) bohaterem.

Barwna galeria postaci: od ironicznej i czasami chamskiej dziewczyny, przez fałszywą przyjaciółkę, aż po wrażliwego chłopaka.
I ponownie, spotykamy się z książką, w której są zawarte piosenki. Ha! Ale to nie tylko tak, że są w książce zapisane słowa utworów, ale zostały one nagrane! Ridge skomponował, Sydney napisała tekst, a Griffin Peterson zaśpiewał i nagrał! Wszystkie piosenki można odsłuchać na stronie www.maybesomedaysoundtrack.com
 Poniżej przedstawiam mój ulubiony utwór i link do nagrania ;) Pozostaje Wam go włączyć i rozkoszować się przyjemnymi dźwiękami.

Griffin Peterson - Living a Lie  [LINK]

With a left twist and a flick of my wrist
There’s a drink poured, oh I know you want more
You want more
You say tilt that bottle all the way up
Till you can’t see the bottom of your cup
Of your cup

I say hold on, just start with one
You look at me and say, that’s no fun
No fun

Cuz you can’t feel your feelings go away
With only one drink, it’s been a long day
A long day

And then you say

You don’t know me like you think you do
I pour me one when I really want two
Oh, you’re living a lie
Living a lie

You think we’re good, but we’re really not
You could’ve fixed things, but you missed your shot

Oh, you’re living a lie

Living a lie

With a right turn, the tires start to burn
I see your smile; it’s been hiding for a while
For a while

Your foot pushes down against the ground
The world starts to blur
Can’t remember who you were
Who you were

I yell slow down, we’re almost out of town
The road gets rough, have you had enough
enough

You look at me, start heading for a tree
I open up the door, can’t take anymore
Anymore

And then I say

You don’t know me like you think you do
I pour me one when I really want two
Oh you’re living a lie
Living a lie

You think we’re good but we’re really not
You could have fixed things but you missed your shot
Oh you’re living a lie,
Living a lie

And then you say
You don’t know me like you think you do
Pour me one, when I really want two

Oh, you’re living a lie
Living a lie
You think we’re good but we’re really not
Coulda fixed things but you missed your shot

Oh you’re living a lie
Living a lie

Ocena Karoliny: 9/10

                                                                                              Karolina 

CZY WSPOMNIAŁAM, ŻE CIĘ KOCHAM?

8

Wakacje w Kalifornii to marzenie niejednego nastolatka. Jednak wakacje w Kalifornii w towarzystwie ojca, z którym nie miało się dawno kontaktu oraz jego nową rodziną, mogą nie być takie kolorowe. Eden, postanawia jednak zaryzykować i po prostu dobrze się bawić. Za sprawą nowych przyjaciół i najstarszego z przyrodnich braci, wkracza w świat imprez, szaleństwa i łamania zasad. Sytuacja komplikuję się, kiedy dziewczyna zaczyna czuć do Tylera coś, czego siostra nie powinna czuć do brata…

Tematyka: wakacje; imprezy; nowe znajomości; młodzieńcze uczucia; zakazana miłość; przyjaźń; sekrety;
Fabuła:
wciągająca; lekka; przyjemna
Sceny erotyczne:
występują
Wulgaryzmy:
występują
Ryzyko występowania łez:
brak
Czy warto mieć ją na półce:
raczej tak

Czy wspomniałam, że ta książka jest naprawdę dobra?
Kiedy pojawiła się w księgarniach i sporo osób oszalało na jej punkcie, wymagająca ja popatrzyłam na tytuł, okładkę, po czym uznałam, że pewnie to jakieś słodkie romansidło. Nie miałam zamiaru czytać tej książki, ponieważ wydała mi się takim typowym zapychaczem czasu dla nastolatek. Aż w końcu nadeszły wakacje i pewnego dnia pomyślałam, że mam właśnie ochotę taki zapychacz czasu i tak oto sięgnęłam po "Czy wspominałam, że Cię kocham?". Okazało się jednak, że to wcale nie jest kiepski odmóżdżacz, a bardzo przyjemna, wakacyjna historia.

Eden przyjeżdża na wakacje do ojca, który mieszka ze swoją nową rodziną w Santa Monica. Dziewczyna nie jest zachwycona wizją mieszkania pod jednym dachem z macochą i trzema przyrodnimi braćmi, ale okazja na inne niż zwykle spędzenie wakacji, może się więcej nie powtórzyć. Chociaż Eden nie czuję się komfortowo w tej sytuacji, w nowym miejscu poznaje sympatycznych ludzi i wkracza w imprezowe życie. Największą zagadkę stanowi najstarszy z jej przyrodnich braci, którego zachowanie zaczyna ją irytować i jednocześnie intrygować.

Na pierwszy rzut oka fabuła niezbyt oryginalna, bo ciągle tylko imprezy, tajemniczy mężczyźni i problemy rodzinne, ale mnie osobiście bardzo przypadła do gustu. Przede wszystkim nie miałam wrażenia, że kolejny raz czytam podobną historię i wciągnęłam się w nią bardzo szybko. Nie miałam zbyt dużych oczekiwań, a zostałam pozytywnie zaskoczona. Polubiłam bohaterów i byłam w szoku, że Eden nie okazała się kolejną pustą główną bohaterką, a całkiem fajną dziewczyną. Może to nie lektura najwyższych lotów, ale jest naprawdę lekka i ciekawa, w sam raz na wakacje. Bardzo podoba mi się zakończenie, bo nie jest jakieś dramatyczne, lecz takie proste i przyjemne, a jednocześnie sprawia, że ma się ochotę poznać ciąg dalszy tej historii.

"Czy wspominałam, że Cię kocham?" zaliczam do udanych lektur i zachęcam Was do jej przeczytania. Jeżeli szukacie czegoś na luzie, ale nie kompletnie pozbawionego sensu, to powinno się nadać :)
Ocena Pauliny: 7/10

                                                                                                                      Paulina

KTOŚ MNIE POKOCHA. 12 WAKACYJNYCH OPOWIADAŃ

6

„Ktoś mnie pokocha. 12 wakacyjnych opowiadań” to, jak sama nazwa wskazuje, zbiór opowiadań w wakacyjnym klimacie. Motywem przewodnim każdej historii jest młodzieńcza miłość w letniej scenerii.

Brutalne sceny: brak
Sceny erotyczne:
nieliczne
Wulgaryzmy:
raczej brak
Ryzyko występowania łez:
brak
Czy warto mieć ją na półce:
tak

Z reguły nie czytam opowiadań, ponieważ ciężko jest mi się wciągnąć w historie, przedstawione w tak krótkiej formie. Sięgnęłam po „Ktoś mnie pokocha” z dwóch powodów:
1.Cassandra Clare.
2. Veronica Roth.
Bardzo lubię te autorki i byłam niezmiernie ciekawa, co takiego udało im się stworzyć. Ponadto pomyślałam, że będę mogła czytać te opowiadania w upalne dni, kiedy czytanie grubych książek idzie mi dość opornie.
Początki bywają trudne i kilka stron pierwszego opowiadania zanudziło mnie na śmierć. Miałam ochotę schować tę książkę i zapomnieć, że kiedykolwiek znalazła się na mojej półce. Końcówka pierwszej historii była naprawdę głupkowata, ale poczułam, że w sumie mam ochotę na takie opowiastki niższych lotów. Nie będę opisywała swoich wrażeń po każdym opowiadaniu ani ich streszczała, bo to zdecydowanie mija się z celem, lecz chciałabym przedstawić Wam cztery opowiadania, które najbardziej zapadły mi w pamięć. A oto i one:
1.        „OSTATNI BÓJ W HORRELAKSIE” Libba Bray
Totalnie zmyślona i ryjąca psychikę historia, która miała w sobie wszystko, czego mi było trzeba. Miłość, zombie, a do tego przezabawne dialogi! Czytając to opowiadanie, dostałam głupawki i poczułam, jakby zostało napisane specjalnie dla mnie. Na pewno nie spodoba się każdemu, ale mnie w zupełności zadowala.
2.        „SICK PLEASURE” Francesca Lia Block
Opowiadanie niby niespecjalnie oryginalne, lecz nieco refleksyjne i zastanawiające. Zaintrygowało mnie to, że bohaterowie nie są nazwani pełnymi imionami, a jedynie ich pierwszymi literami. Historia taka dość typowa, ale za to końcówka jest niebanalna i długo rozmyślałam, czy to tylko fikcja literacka, czy może osobiste przeżycia autorki. Bardzo mi się podobało i na długo zostanie w mojej pamięci.
3.        „BEZWŁADNOŚĆ” Veronica Roth
Dobra autorka i dobre opowiadanie. Ciekawe, pomysłowe i wciągające. Co tu dużo mówić, po prostu mi się podobało!
4.        „ MAPA MALEŃKICH WSPANIAŁOŚCI” Lev Grossman
Ostatnie opowiadanie z książki i do tego bardzo fajne. Ciekawy pomysł i dobre wykonanie.   Historia lekka i przyjemna, ale nie bez sensu. 

Chociaż fanką opowiadań nie jestem, to ten wakacyjny zbiór naprawdę mi się podobał i przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Miałam dawkować sobie te historie przez całe wakacje, ale tak mnie wciągnęły, że przeczytałam wszystkie za jednym podejściem. W każdej znalazłam przynajmniej jeden element, który przypadł mi do gustu, dlatego zaliczam książkę do udanych. Opowiadania są bardzo różne i chociaż z pewnością nie wszystkie wszystkim się spodobają, to moim zdaniem każdy znajdzie tu coś dla siebie. Podoba mi się, że nie są to takie typowe historyjki o słodkiej miłości i nie wszystkie mają przewidywalne, szczęśliwe zakończenie. Nie zamierzałam czytać edycji świątecznej, ale teraz poważnie zastanawiam się, czy nie sięgnąć niebawem po „Podaruj mi miłość”.
„Ktoś mnie pokocha” nada się dla fanów młodzieżówek i spragnionych lekkiej lektury. Polecam  :)

Ocena Pauliny: 7/10

                                                                                            Paulina